Słuchali w skupieniu, rozważając każde jego słowo.
Mówił jeszcze coś niecoś i zagadywał, ale jak do tego muru — żaden bowiem nie dał się za ozór pociągnąć i nawet pyska nie ozwarł, jeno przytakiwali, skrobiąc się po łbach a spozierając po sobie znacząco — że widząc, jako nie poredzi przełamać tej czujnej ostrożności, wywołał księdza i poszli, odprowadzeni całą hurmą148 aż w opłotki.
Po ich odejściu jęli się dopiero dziwować a głowić wielce.
— No, no, żeby sam dziedzic przyszedł na chłopski pogrzeb.
— Potrzebuje nas, to bakę świeci149 — powiedział Płoszka.
— A czemu to nie miał przyjść z dobrego serca, co? — bronił Kłąb.
— Lata masz, aleś rozumu nie nabrał. Kiedyż to dziedzic przyszedł do wsi z przyjacielstwem, kiedy?
— Coś w tym być musi, że tak zgody szuka!
— Ano co, że mu jej potrza barzej niźli nam.
— A my możemy se poczekać, możemy! — wołał pijany Sikora.