Naraz koń zarżał we stajni. Łapa ostro zaszczekał i rzucił się ku drzwiom. Józka, nie mogąc już wstrzymać, krzyknęła:
— Ociec! Laboga151, ociec! — i zapłakała strachliwie.
Na to Jagustynka strzepnęła palcami trzy razy i rzekła ważnie:
— Nie bucz, przeszkadzasz duszy odejść w spokoju. Płacze ją ano trzymają przy ziemi. Wywrzyjcie drzwi, niech se ta wędrownica odleci na Jezusowe pola... Niech się poniesie w spokojności.
Otwarli drzwi. W izbie przycichło i jakby zamarło, nikt się nie poruszył, tylko rozpalone oczy latały; Łapa jeno przewąchiwał kąty, skamlał niekiej, kręcił ogonem i jakby się do kogoś przyłaszał — że już teraz wszyscy czuli najgłębiej, jako to gdziesik pomiędzy nimi błąka się dusza zmarłego.
Aż Hanka zaśpiewała rozdygotanym, zduszonym głosem Wszystkie nasze dzienne sprawy152.
Przywtarzali gorąco i z niezmierną ulgą.
II
Dzień był bardzo cudny, prawdziwie latowy153.
Może szła dziesiąta rano, bo już słońce wisiało w pół drogi między wschodem a południem i wynosiło się coraz bardziej palące, kiej lipeckie dzwony — ile ich jeno było — zadzwoniły rozgłośnie i ze wszystkiej mocy.