Jakby ją kto pchnął nożem, ale myślała zrazu, że się jej przywidziało. Przetarła oczy raz i drugi — on ci to był jednak, on!
— Ociec między dziadami! Jezus! — Dziw, że się nie spaliła ze wstydu.
Nasunęła chustkę barzej na czoło i przebrała się do niego z tyłu od wozów, pod którymi siedział.
— Co wy robicie najlepszego, co? — jęknęła, przykucnąwszy za nim, bych się chronić od ludzkich oczów.
— Hanuś... A dyć ja... A dyć...
— Chodźcie mi zaraz do domu! Jezus, taki wstyd! Chodźcie!
— Nie póde... Już to sobie z dawna umyśliłem... Co wama mam ciężyć, kiej dobre ludzie wspomogą... We świat se pociągnę z drugimi... Święte miejsca obaczę... Co nowego się przewiem... Jeszczech wama spory grosz przyniese... Naści złotówkę, kup jakiego cudaka la Pietrasia... Kup...
Chyciła go ostro za kołnierz i prawie wywlekła między wozy.
— Zaraz mi do domu. Że to wstydu nie macie!
— Puść me, bo się ozgniewam!