— A juści, gdzieby zaś taki krowy pasał — przeczyła, niemile dotknięta.
— Rzekłem. Pamiętam, jak go to raz organista sprał, że krowy puścił w Pryczkowy owies, a sam se spał kajś pod gruszą...
Jaguś odeszła i chociaż nieśmiało, przepychała się ku niemu. Roześmiał się do niej, ale że patrzeli w niego kiej w tęczę, odwrócił oczy i nakupiwszy w kramie obrazików, zaczął je rozdawać dzieuchom i kto chciał.
Stanęła naprzeciw kiej wryta, zapatrzona w niego rozgorzałymi oczami, a z warg czerwonych polał się cichy, lśniący pośmiech, słodziuśki niby te miody.
— Naści, Jaguś, swoją patronkę — wyrzekł, wtykając jej obrazik; ręce się ich spotkały i rozbiegły kiej sparzone.
Wzdrygnęła się, nie śmiejąc ust otworzyć. Mówił jeszcze cosik, ale jakby utonęła w jego oczach i nic prawie nie pomiarkowała204.
Rozdzieliła ich gęstwa, że schowawszy za gors205 obrazik, długo toczyła oczami po ludziach. Nie było go już nikaj — poszedł do kościoła, gdyż przedzwonili na nieszpór. Ale ona cięgiem go miała na oczach.
— Widzi się kiej ten świątek! — szepnęła bezwolnie.
— Toteż dzieuchy dziw ślepiów za nim nie pogubią. Głupie, nie la psa kiełbasa.
Obejrzała się prędko. Mateusz stał pobok.