— To czemu się im dajesz! — zły już był i zniecierpliwiony.
— Czemu? Nie wiesz to bez co? — zaskarżyła się cichuśko.
Szarpnął się i poszedł przodem, że ledwie za nim zdążyła.
— Już buczysz kiej to cielę! — rzucił, odwracając się nagle.
— Nie, nie... Jeno mi proch wleciał do oka.
— Jak widzę płakanie, to jakby me kto nożem żgnął!
Zrównał się z nią i rzekł dziwnie serdecznie:
— Naści parę groszy. Kup se co na odpuście, a potem przyjdź do karczmy, to potańcujemy.
Spojrzała oczami, co to jakby mu do nóg leciały z podzięką.
— Co mi ta pieniądze, takiś dobry... Takiś... — szeptała rozpłomieniona.