A Mateusz jeno głową pokiwał, odmierzył trupa, pacierz zmówił i wyszedł — a chociaż to była niedziela, zabrał się wnet do roboty; wszelaki porządek45 stolarski znajdował się w chałupie, a suche dębowe deski już z dawna na górze czekały.

Wnet ci wyrychtował warsztat w sadzie i robił, poganiając ostro Pietrka przysłanego mu do pomocy.

Dzień się już był wyniósł dawno. Słońce świeciło wesołe i palące, że gorąc zaraz od śniadania jął przypiekać galancie46, jaże wszystkie sady i pola jakby się z wolna pogrążały w tym rozbełkotanym, białawym wrzątku rozprażonego powietrza.

Pomdlałe drzewiny poruchiwały47 niekiej48 listkami, kieby tym skrzydłem ptak tonący w spiekocie. Świąteczna cichość objęła całą wieś; jedne jaskółki, co świegoliły zajadlej, śmigając nad stawem kiej oszalałe, zaś po drogach w szarych tumanach kurzawy jęły turkotać wozy i ludzie ze wsi pobliskich ściągali ku kościołowi, że co trochę ktosik zwalniał koni lub przystawał przed Borynami, kaj siedziała rozpłakana rodzina, pochwalił Boga i westchnął żałośnie, zazierając do środka przez wywarte drzwi a okna.

Jambroż uwijał się i śpieszył aż do potu z obrządzaniem umarłego. Już byli łóżko wynieśli do sadu i pościele porozwieszali po płotach, gdy jął wołać na Hankę, aby przyniesła jałowcowych jagód do wykadzenia izby.

Jeno nie dosłyszała i ocierając te jakieś ostatnie łzy, co same skapywały, cięgiem już patrzyła na drogę, spodziewając się leda49 chwila Antka.

Godziny jednak przechodziły, a jego nie było. W końcu chciała już posyłać do miasta Pietrka na przewiady.

— Konia jeno zmacha i niczego się nie przewie... Juści — tłumaczył Bylica, któren był właśnie nadszedł z Weronką.

— Przeciech50 urzęda cosik wiedzą?

— Juści... Wiedzą... Ale raz, co dzisia zamknięte, bo niedziela, zaś po drugie, co się przez51 smarowania52 nikaj53 nie dociśnie.