Południe się już podnosiło. Słońce zawisło nad stawem, upał się tak wzmógł, że parzyła ziemia i rozpalone powietrze zawiewało kieby z pieca; ludzie już wracali z pól, a od topolowej niesły się wraz z tumanami kurzawy porykiwania spędzanego bydła, gdy naraz Hankę jakby tknęło jakieś postanowienie — wsparła się o ścianę i pomyślawszy jeszcze jakieś „Zdrowaś”, obtarła oczy, przeszła sień, otworzyła drzwi do Jagusinej izby i powiedziała mocno, a całkiem spokojnie:
— Wynoś mi się zaraz z chałupy!
Jagna uniesła się z ławy i stanęły naprzeciw, mierząc się ślepiami przez długą chwilę, jaże Hanka cofnęła się nieco od proga i powtórzyła przychrzypniętym głosem:
— Wynoś mi się w ten mig, a nie, to cię każę parobkowi wyrzucić... W ten mig! — dodała nieustępliwie.
Stara rzuciła się do niej przekładać i tłumaczyć, ale Jaguś jeno wzruszyła ramionami:
— Nie gadajcie do tego pomietła! Wiadomo, o co jej idzie.
Wyjęła ze spodu skrzynki jakiś papier.
— O zapis ci chodzi, o te morgi. A to je weź sobie i nachlaj247 się nimi! — rzekła wzgardliwie, rzucając jej w twarz papierem. — Udław się nimi choćby na śmierć!
I nie bacząc na matczyne sprzeciwy, jęła spiesznie wiązać toboły i wynosić je w opłotki.
Hankę zemgliło, jakby ją kto trzasnął między oczy, ale papier podniesła i zagadała z pogrozą248: