— A przypędzi bydło Witek, to ci twoją krowę zagna do chałupy. A po resztę niech kto przyleci wieczorem, to się pozgania.
Odeszły milcząco, skręciły na drogę i szły, z wolna okrążając staw samym jego brzegiem, jaże się odbijając w wodzie.
Hanka długo patrzała za nimi z jakąś dziwną zgryzotą i markotnością, a że nie miała czasu na rozważania, bo najemnicy ściągali z pola, to schowała zapis do skrzynki pod klucz, zawarła ojcową stronę i zabrała się do obiadu. Całe jednak przypołudnie chodziła struta i milcząca, nawet niechętnie dając ucho przypochlebnym słówkom Jagustynki.
— Dobrzeście zrobili! Już dawno trza ją było wygonić. Rozpuściła się kiej dziadowski bicz, bo któż jej co zrobi, kiej stara z proboszczem za pan brat! Drugą to by już dawno wyklął z ambony!
— Pewnie, juści! — przytwierdzała, odsuwając się, aby już więcej nie słuchać; a gdy wszyscy rozeszli się znowu do roboty, zabrała Józkę i poszły pleć len, bo się miejscami tak gęsto puszczała złotucha, jaże niektóre zagony żółciły się już z daleka.
Skwapnie się wzięła do pielenia, lecz mimo tego męczyły ją pogrozy Dominikowej i przejmowały niemałym lękiem; a głównie jednak rozmyślała, co Antek powie na to wszystko.
„Jak mu pokażę zapis, to się rozchmurzy. Głupia! Sześć morgów, toć prawie gospodarka!”, myślała, spoglądając po polach.
— Wiecie, a do cna przepomniałyśmy o tym papierze o Grzeli.
— Prawda! Przerywaj, Józia, a ja poletę do księdza. On przeczyta.
Nawet rada była, że pójdzie między ludzi, a przewie się, co na to wszystko powiedają.