Myślała zgorszona, spostrzegając znowu, że młynarczyk przemyka się z drugiego końca wsi.
— Pewnikiem z karczmy, od Magdy! A to jak wilki tłuką się po nocy. Co się to wyprawia! — westchnęła, lecz ją samą przejęły jakieś ciągotki, gdyż raz po raz przeciągała się z lubością, ale że woda była chłodnawa, to prędko przeszło, i wzięła nucić ściszonym, a tęsknością nabranym głosem:
Kiedy ranne wstają zorze!
Pieśń leciała nisko po rosie, wsiąkając w zróżowione świtania.
Pora już była wstawać, po wsi zaczęły się rozlegać brzęki otwieranych okien, klekoty trepów i przeróżne głosy.
Hanka, jeno290 rozwiesiwszy przeprane szmaty na płocie, poleciała budzić swoich, ale tak byli jeszcze śpikiem291 zmorzeni, że co która głowa się uniesła292, to zaraz padała ciężko, niczego nie miarkując293.
Zeźliła się niemało, gdyż Pietrek krzyknął na nią z góry:
— Psiachmać! Pora jeszcze, do słońca spał będę! — i ani się ruszył.
Dzieci też jęły się mazać, a Józka skarżyła się żałośnie:
— Jeszcze ździebko, Hanuś! Dyć dopiero co się przyłożyłam...