Stary patrzał na nią spode łba, dziwnie jakoś.
— Zajrzałam do siwuli, bo cosik stęka i pokłada się...
— Szukałem cię w oborze, a nie uwidziałem...
— Bom wtedy już musiała być pod szopą, drwa zbierałam.
— A gdzieżeś się to tak utytłała w śniegu?...
— Gdzie? Ze strzechy śniegowe brody wiszą, to ino trącić, a na głowę się sypią — tłumaczyła się spokojnie, ale twarz odwracała od ognia, by ukryć wypieki.
Ale starego nie zwiedła, niby wprost, oczy w oczy, nie patrzał, dobrze jednak widział, że cała w ogniach, czerwona, a oczy rozjarzone błyszczą się kiej w chorobie. Jakieś głuche, niejasne podejrzenie wślizgnęło mu się do serca, zazdrość kąśliwa zawarczała w nim jak pies i jak pies się przyczaiła. Długo się biedził i rozmyślał, aż w końcu przyszło mu do głowy, że to pewnie Mateusz ją spotkał i przyparł gdzie do płotu.
Nastka właśnie weszła na to, więc dalejże ją pociągać za język.
— Cóż to, pono Mateusz już zdrowy, chodzi?...
— Hale, zdrowy tam!