— A widzieliście się z dziedzicem? — zagadnęła miękko, by ino nie dać mu rozmyślać.
Ciepnął się, jakby go giez ukąsił w słabiznę.
— Nie, u Szymona cały czas siedziałem — powiedział i zamilkł.
Już nie śmiała pytać, bo ciepał się po chałupie kiej ten pies wściekły, o bele co krzyczał, przyganiał, pomstował, że uczyniło się tak cicho, jakby kto makiem posiał, kużden mu z oczów rad schodził, bych czego nie oberwać.
I w takiej przykrej cichości siadali do kolacji, gdy wszedł Rocho, siadł swoim zwyczajem przed ogniem, jeść nie chciał, a gdy skończyli, rzekł cicho:
— Nie od siebie przychodzę. Na wsi powiadają, że dziedzic się na Lipce zawziął i ani jednego chłopa nie zawoła do rąbania, przyszedłem się spytać, czy to prawda?
— W imię Ojca i Syna, a skądże mnie to wiedzieć, pierwszy raz słyszę.
— Narada była dzisiaj u młynarza, stamtąd poszła nowina.
— Naradzał się wójt, młynarz i kowal, ale nie ja!
— Jakże, powiadali, że u was był sam dziedzic i żeście z nim poszli.