— To i ja pójdę, tatulu... — prosiła Józka.
Nie odpowiedział, bo pies mocno przyszczekiwał na ganku i zaraz wsunął się nieśmiało Jasiek, Przewrotnym nazywany z prześmiewiska.
— Zawieraj drzwi, gapo, bo tu nie obora! — wrzasnęła Dominikowa.
— Nie bójże się, nie zjedzą cię, czegóż się rozglądasz? — pytała Jagna.
— A bo... bociek musiał się kajś przytaić i jeszcze mie kujnie... — jąkał się, wystraszonymi oczami wodząc po kątach.
— Oho, boćka gospodarz wydali dobrodziejowi170, nic ci już nie zrobi! — mruknął Witek.
— A bo i nie wiem, po co go było trzymać, jeno ludzi krzywdził!
— Siadaj, nie marudź! — nakazała Nastka wskazując miejsce w podle siebie.
— Hale, kogo to ukrzywdził, cheba jednych głupich abo psów obcych! Chodził se jak ten dziedzic po stancji, myszy łowił, wszystkim ustępował, a wydali go! — szepnął z wyrzutem chłopak.
— Cicho, cicho, obłaskawisz se na wiosnę drugiego, kiej ci żal za boćkami!