— A bogać tam niewinien, tylachna krowa!
— Chodźcie na drugą stronę, mam z wami pogadać! — szepnął wójt.
Prześli i siedzieli tak długo, że tam im kolację Józka podała.
Wójt go namawiał już nie po raz pierwszy, by się do nich przyłączył, z dworem nie zrywał, przewłóczył sprawę, czekał, z Kłębem i drugimi razem nie szedł, i tym podobnie. Stary dotychczas się wahał, kalkulował, nie odmawiał, ale na tę ni na drugą stronę się nie przechylał, bo był się mocno zagniewał, że go to wtedy dziedzic nie wezwał na naradę do młynarza.
Wójt zaś, widząc, że nie poradzi, na ostatku już na przynętę powiedział:
— Wiecie o tym, jako ja, młynarz i kowal zrobiliśmy ugodę ze dworem, że sami we trzech zwozić będziemy drzewo na tartak, a potem deski do miasta.
— No, juści, że wiem, dosyć się przecież napomstowali na was inni, że nikomu zarobić nie pozwalacie.
— Dużo ta o to stoję, co pyskują, szkoda na to czasu, to wam zaś chcę powiedzieć, cośmy we trzech uredzili — słuchajcie jeno, co powiem.
Stary ino łysnął ślepiami i rozważał, jaki to będzie podstęp.
— Uradzilim przypuścić waju173 do spółki! Woźcie tyla, co i my! Sprzężaj macie dobry, parobek się jeno wałkoni, a zarobek pewny, płacą od kubika. Nim się w polu roboty zaczną, jak nic zarobicie ze sto rubli.