— Kiej całkiem nie baczę tej dróżki.
Tłumaczył długo, bo się bała puścić na niepewne.
— A miarkujecie aby, w jaką stronę się wziąć?
— Od lewej ręki, widzi mi się.
Powlekli się wzdłuż lasu, pobrzeżem skrywając się nieco od naporu wichury.
— Chodźcie prędzej, nocy tylko co patrzeć.
— Jeno tego powietrza złapię i letę, Hanuś, letę...
Juści, nieletko się im było przebierać185, dróżkę całkiem zasypało, a do tego z boku od pól wciąż grzmocił wicher i ciepał śnieżycą, próżno się chronili za drzewa, to przywierali jak te zajączki pod jałowcami, wszędzie przewiewało do kości, zaś głębią straszno było iść, drzewa szumiały dziko, cały las się kolebał i prawie ziemię zamiatał konarami, gałęzie siekły po twarzach, to czasami z takim trzaskiem padały chojary, iż się wydawało, jako cały bór runie zdruzgotany.
Biegli też, co ino sił i tchu starczyło, aby rychlej dopaść drogi i zdążyć przed nocą, która mogła spaść leda chwila, bo już szarzało nieco na polach i wskroś skołtunionych śniegów przewijały się ślepe smugi, kieby te dymy jeszcze nikłe.
Dorwali się wreszcie drogi i padli pod krzyżem, ledwie żywi z utrudzenia.