— Oboje z matką znamy się na tym, już ja ci mówię, że tak jest. Zaraz, co to mamy? Gody... to by dopiero na lipca wypadło, w same żniwa... Czas nierychtowny, gorąc, roboty, ale cóż poradzi, trza i za to Panu Bogu podziękować... — I znowu chciał ją całować, wyrwała mu się ze złością i pobiegła do matki z wymówkami, ale stara potwierdziła stanowczo.
— Nieprawda, zdaje się wam ino! — zaprzeczała gorączkowo.
— Nie cieszy cię to, widzę?
— Coby zaś miało cieszyć, mało to kłopotów? a tu jeszcze nowe utrapienie!
— Nie wyrzekaj, by cię Pan Jezus nie pokarał.
— A niechta, a niechta!
— Czemuż to się tak wyrzekasz tego, co?
— Bo nie chcę i tyle!
— Przecież gdyby było dziecko, to w razie śmierci starego, czego Boże broń, do zapisu i jego część by przyszła, a po równo z drugimi, może i na całym gruncie byś ostała...
— Wam ino jedno w głowie: grunt i grunt, a la95 mnie to tyla stoi, co nic...