— Powiadali chłopy, jak tam żywią, że pono pies jeno z głodu chyciłby się takiego jadła, prawda to?
— Juści, co prawda, ale najgorsze, że trza było siedzieć zawarty1515. Póki było zimno, to jeszcze, ale skoro dogrzało słońce i zaleciało mi ziemią, to myślałem, co się już wścieknę. Pachniała mi wola1516 lepiej niźli ta kiełbasa. Jużem kraty próbował rwać, jeno co1517 przeszkodziły.
— Prawda, co tam biją? — spytała lękliwie.
— A biją! Są tam bowiem i takie zbóje, które już z czystej sprawiedliwości powinny co dnia brać kije. Mnie się ta nie ważono tknąć ni palcem. Niechby jucha spróbował który, dałbym mu tabaki, no!
— Juści, kto by cię ta przemógł, mocarzu, kto? — przyświarczała1518 radośnie, wpatrzona w niego i czuwająca na najlżejsze skinienie.
Rychło1519 się jednak uwinęli z jadłem i zaraz poszli spać do stodoły, kaj1520 już naniesła im Hanka do sąsieka1521 pierzyn i poduszek.
— Bójcie się Boga, toć stopimy się na skwarki — zaśmiał się Rocho.
Już nie odrzekła, ale zawarłszy za nimi wrota, wtedy dopiero całkiem osłabia i uciekła na ogród do pielenia pietruszki. Rozglądała się chwilę dokoła i buchnęła płaczem. Płakała z radości, płakała, że słońce przygrzewało ją w plecy, że zielone drzewa chwiały się nad głową, że ptaki śpiewały, że pachniało wszystko i kwitnęło i że jej było tak dobrze, tak cicho i tak błogo na duszy, jakby po tej świętej spowiedzi abo i jeszcze lepiej.
— Żeś to wszystko sprawił, mój Jezu! — jęknęła podnosząc łzawe oczy ku niebu, w najszczerszej, zgoła niewypowiedzianej podzięce za tyle dobra, jakie ją spotkało.
— I że się to już przemieniło! — wzdychała zdumiona, szczęsna, prawie wniebowzięta, że już cały czas, dopóki spali, chodziła ledwie przytomna ze szczęścia. Czuwała nad nimi kiej kokosz nad pisklętami. Wyniesła dzieci daleko w sad, bych czasem nie zakrzyczały. Przepędziła z podwórza wszelką gadzinę1522 nie bacząc nawet, że świnie pyskają wczesne ziemniaki, a kury rozgrzebują wschodzące ogórki. Już o całym świecie przepomniała1523, cięgiem1524 zazierając1525 do śpiących.