Antka tak rozebrał chłód i głęboki spokój lasu, że przysiadłszy kajś2774 pod drzewem zadrzemał się niechcący. Przebudził go dopiero koński tupot i parskanie, a dojrzawszy dziedzica jadącego konno podszedł do niego.

Przywitali się zwyczajnie, po sąsiedzku.

— Ależ to piecze, co? — zagadał dziedzic głaszcząc niespokojną klacz.

— A dopieka, za jaki tydzień trza2775 będzie wychodzić z kosą.

— Na Modlickiem kładą już żyto aż miło.

— Tam piachy, ale latoś2776 wszędy żniwa rychlejsze2777.

Dziedzic zapytał go o zebranie w kancelarii, a usłyszawszy wszystko, jak się odbywało, jaże2778 oczy szeroko otworzył ze zdumienia.

— I wyście się tak głośno, otwarcie o polską szkołę upominali?

— Rzekłem, przeciek2779 nie robię z gęby cholewy.

— A żeście się to ważyli z tym wystąpić przy naczelniku, no, no!