Jędrzych wszedł i ogień na trzonie rozdmuchiwał, nastawiał garnki z wodą i cięgiem się po izbie kręcił, że już mało wiele ze sobą mówili, a ino poglądali na się iskrzącymi, głodnymi oczami, jakoby się zjeść chcieli...

Wnetki, bo jakoś w pacierzy parę, nadeszła Dominikowa, musi być zła była, bo już w sieniach wywarła gębę na Szymka, a ujrzawszy Mateusza popatrzyła nań srogo, na przywitanie nie zważała i poszła do komory przyoblec się.

— Idź se, bo cię matka zeklną jeszcze... — prosiła cicho.

— Wyjdziesz to do mnie, Jaguś, co? — prosił.

— Wróciłeś to już ze świata? — rzekła stara, jakby go dopiero spostrzegając.

— Wróciłem, matko... — mówił łagodnie i chciał ją w rękę pocałować.

— Ale, suka ci była matką, nie ja! — warknęła wyrywając rękę ze złością. — Po coś tu przyszedł? Mówiłam ci już, że tutaj nic po tobie...

— Do Jagusi przyszedłem, nie do was — hardo zawołał, bo go już złość brała.

— Wara ci od Jagusi, słyszysz! Wara ci, żeby ją potem bez ciebie na ozorach obnosili po wsi, jak tę jaką ostatnią... ani mi się pokazuj na oczy!... — wrzasnęła.

— Krzyczycie kiej wrona, że wieś cała usłyszy!...