Przerzekł coś niecoś jeden, przerzekł i drugi, aż w końcu stary Kłąb, że to mądry chłop był i poważany, powiedział surowo:
— Z tego padnie złe na wieś całą, baczcie ino.
— Antek nie ustąpi, jakże? Nowa gęba do miski — rzekł któryś.
— Głupiś, u Boryny starczyłoby i la pięciu — o działy pójdzie.
— Bez zapisu się tam nie obejdzie.
— Dominikowa nie głupia, już ona wszystkich wyrychtuje.
— Matką jest, to jej psie prawo o dziecko stoić — rzucił Kłąb.
— W kościele przesiaduje, a chytra na grosz kiej ten Żyd.
— Nie powiedaj leda co na ludzi, żeby ci ozór nie odjęło.
I tak całe popołudnie zajmowała się wieś zmówinami, co i nie dziw, bo Borynowie byli rodowi, starzy gospodarze, a Maciej, chociaż urzędu nijakiego nie sprawował, a gromadzie przewodził. Jakże, na odwiecznych kmiecych rolach siedział, z dziada pradziada we wsi był, rozum miał, bogactwo miał — że chcąc nie chcąc, a słuchali i uważali go wszyscy.