— Juści... inom se myślała zawdy, wnuczków się doczekam na pociechę...

— Nie turbujcie się, jeszcze się żniwa nie zaczną, a już pierwszy będzie...

— Pan Jezus to tylko wie przódzi, nie my, grzeszni! Zapiliśmy, prawda... a mnie tak jakoś żałośliwie na sercu kiej na pochówku...

— I nie dziwota, jedynaczka z domu, to waju się już za nią cni... Jeszcze ździebko, na frasunek! Wiecie, pójdziem wszystkie do karczmy, bo mi już ano wódki zbrakło, a i tam pan młody kiej na wąglikach wyczekuje.

— W karczmie to zrękowiny będziemy odprawiać?

— Po staremu, jak ojce nasi robili, ja, wójt, wama to rzekłem — wierzcie.

Kobiety się ździebko przyodziały świąteczniej i wnet wychodzili.

— A chłopaki to ostaną? Siostrzyne zmówiny, to i la nich uciecha — zauważył wójt, że to parobki żałosne miny mieli i poglądali na mać niespokojnie.

— Trudno dom na boskiej Opatrzności ostawić.

— Przyzwijcie ano Agatę od Kłębów, to przypilnuje.