Antek nie wiedział, co rzec na to.

— A i to ci jeszcze powiem, że pokorne cielę dwie matki ssie.

— Wszyscy mi to powiedają... juści, ino tej pokorności mam już po grdykę, że więcej nie ścierpię! Choćby i zbój, choćby i ukrzywdziciel, ale że ojciec rodzony, to już mu wolno wszystko, a dzieciom nie wolno dochodzić swojej krzywdy! Laboga, takie urządzenie na świecie, że ino plunąć a iść, gdzie oczy poniesą...

— A idź, któż cię trzyma? — rzucił porywczo ksiądz.

— Może i pójdę, bo co mi tutaj robić, co? — szeptał ciszej, łzawo jakoś.

— Bajesz i tyle. Drudzy i jednego zagona nie mają, a siedzą, pracują i jeszcze Panu Bogu dziękują. Wziąłbyś się do roboty, a nie wyrzekał jak baba. Zdrowy jesteś, mocny, masz o co ręce zaczepić...

— Przeciech, całe trzy morgi! — rzucił urągliwie.

— Żonę i dzieci masz, toś o tym pamiętać powinien.

— Baczęć ja dobrze, baczę... — mruknął przez zęby.

Wyszli przed karczmę, świeciło się w oknach i jakieś głosy wydzierały się aż na drogę.