Przyskoczyli do siebie, gotowi się chycić za orzydla, ale opadli wnet, bo Antek rzekł ciszej:

— Nie mówię tego do ciebie... Ale swojego nie dam, choćbym miał skapieć68...

— I... nie tyla ci tam o ten grunt idzie, widzi mi się... — rzucił drwiąco kowal.

— Ino o co?

— Latałeś za Jagną, to ci teraz i markotno.

— Widziałeś?... — krzyknął ugodzony jakby w samo serce.

— Są takie we wsi, co i widziały, a nie raz...

— Żeby im pomroka padła na ślepie! — szepnął ciszej, bo właśnie wójt wchodził do izby i witał się ze wszystkimi; snadź wiedział, o co się kłócą, bo również jął bronić starego i usprawiedliwiać.

— Dobrze was poił i wypasał kiełbasami, to i nie dziwota, że go bronicie...

— Bele czego nie powiadaj, kiej wójt do cię mówi! — krzyknął wyniośle.