— Zamrę?

— W boskiej to mocy, ale widzi mi się, że Kostusi z pazurów się nie wypsniesz.

— Zamrę, powiadacie?...

— Po dobrodzieja by ano posłać, co?

— Dobrodzieja! — wykrzyknął zdumiony. — Dobrodzieja przywieść tutaj, do stajni, do mnie?... Co wama po głowie chodzi?

— A cóż to? Z cukru jest i rozpuści się w tym łajnie końskim? Ksiądz jest od tego, by gdzie go do chorego proszą, szedł.

— Jezus! A miałbym to śmiałość, w ten gnój, do mnie?...

— Głupiś jak ten baran! — cisnęła ramionami i poszła.

— Sama głupia, ani wie, co powiada... — mruknął oburzony srodze, opadł ciężko na barłóg i długo jeszcze rozmyślał. — Zachciało się babie... hale, dobrodziej kochany po pokojach se chodzi... z książek poczytuje... z Panem Bogiem rozmawia... i do mnie by go wołać?... te kobiety to ino aby ozorem mleć... głupia...

I tak już pozostał sam, bo jakby o nim zapomnieli.