I po całym domu się rozłaziły, a w każdą szparę wrażały zazdrosne oczy.

Nie zazdrościć to losu takiego?...

Już sam dom najlepszy we wsi, duży, widny, wysoki, stancje kieby w jakim dworze, wybielone, z podłogami, czyste! A co sprzętów, co statków różnych, obrazów samych ze dwadzieścia i wszystkie ze szkłami! A tu jeszcze obory, stajnie, stodoła, szopa! A mało to lewentarza? Pięcioro samych krowich ogonów, nie licząc byka, któren profit daje niezgorszy! Trzy konie! A gdzie jeszcze grunt? Gdzie gęsi, świnie?...

Wzdychały żałośnie i raz po raz któraś z cicha rzekła:

— Mój Boże, że to Pan Jezus daje takim, co i nie zasłużyły!

— Umiały sobie pomagać, umiały!

— Juści, zawżdy ten dostanie, któren naprzeciw wyjdzie.

— Czemuż to wasza Ulisia nie wyszła?

— Bo się Boga boja i w poczciwości żyje.

— I drugie też bez to samo.