— Siadajcie, Macieju, z nami, zjecie, co jest — zapraszała wójtowa, kładąc trzecią łyżkę.
— Bóg zapłać. Przyjechałem z boru, tom se już dobrze podjadł...
— Bierzcie się ano za łyżkę, nie zaszkodzi wam, teraz już wieczory długie...
— Długi pacierz i duża miska, jeszcze bez to niktoj nie pomarł — rzucił dziad.
Boryna wzdragał się, ale w końcu, że słonina mocno raziła mu nozdrza, przysiadł się do ławki i pojadał z wolna, delikatnie, jak obyczaj kazał.
A wójtowa raz wraz wstawała i dokładała kartofli, to mleka przylewała.
Dziadowski pies się kręcił i skamlał zdziebko do jadła.
— Cichoj, Burek, gospodarze ano jedzą... i ty dostaniesz, nie bój się... — uspokajał go dziad i wciągał nozdrzami smakowitą woń, a przygrzewał ręce przy ogniu.
— To Jewka was podobno zaskarżyła — zaczął wójt, podjadłszy nieco.
— A ona ci! Żem to jej zasług nie wypłacił! Zapłaciłem, jak Bóg w niebie, i jeszczem ponadto z dobrego serca księdzu za chrzciny dał worek owsa...