— Mówiłeś, by przyszli po krowę? — rzekła cicho i dziwnie miękko.
— Pewnie już idą, bo tam na drodze coś pieski jazgoczą...
— Ni, w Sikorowym obejściu naszczekują — powiedziała wyjrzawszy.
— Przed połedniem się obiecali, to ino ich patrzeć.
— Musimy to przedać, co?
— Jakże, grosza potrzeba, paszy też la110 dwóch nie starczy... musimy, Hanuś, cóż poredzić... szkoda krowy... juści... ale kto nie ma grosza, nie umacza i nosa... — mówił cicho i z taką dobrocią, że Hance stajała dusza, a serce zaczęło się trzepotać radością i nadzieją; patrzyła mu w oczy jak ten pies wierny i słuchliwy, że już w tym oczymgnieniu nie żałowała krowy ni niczego. Spoglądała ino pilnie, bez udręki w tę twarz umiłowaną, a słuchała tego głosu, co jak ogień szedł przez serce i rozgrzewał ją dobrocią i rozczuleniem.
— Juści, że trzeba... Jałowica ostanie, ocieli się jakoś w półpoście, to się jeszcze tej kapki mleka doczekamy — przywtórzyła, byle ino on mówił dalej.
— A jakby zbrakło paszy, to się dokupi.
— Owsianki cheba, bo żytniej starczy do zwiesny. Ociec, odwalcie kopczyk, trza zajrzeć, czy ziemniaki nie przewiane.
— Siedźcie, za ciężka la111 was robota, ja odkopię.