Przyniosła ostrożnie garnczek wypełniony piaskiem, w którym tkwiła spora gałęź wiśniowa, obsypana delikatnym kwiatem.
— Trześnia185, kwiatuszki różowe i pachnące! — szepnął Witek poważnie.
— A prawda, trześnia!
Obstąpili dokoła i z dziwną radością a podziwem poglądali na okwiecioną, woniejącą gałęź, na to weszła Jagustynka, ale dzisiaj była już po dawnemu dufna w siebie, wrzaskliwa, harda i bacząca, aby ino dogryźć komu, a dobrze.
— Zakwitła rózga, prawda, ale nie la186 ciebie, Józia, tobie jeszcze rzemień potrzebny abo i co twardsze! — rzekła zaraz na wstępie.
— A la mnie zakwitła, samam w noc Jędrzejkową ucięła, samam...
— Młódka jeszcze jesteś, to pewnie la Nastki ślub wróży! — tłumaczyła Jaguś.
— W garnczek wsadzałyśmy razem, ale sama ucinałam, to la mnie zakwitła!... — wrzeszczała i aż na płacz się jej zbierało, że nie przytwierdzają.
— Jeszcze ci czas ganiać za parobkami i wystawać na przełazach, starszym przódzi pora, starszym! — mówiła nie patrząc na nikogo, a uśmiechała się ku Nastce — cicho no, Józia. Wiecie, a to w nocy Magda od organistów zległa187 w kruchcie.
— Cudeńka prawicie!