Pan Jacek dał mu dwie złotówki i kazał spiesznie wracać do domu.
Chłopak w dyrdy uciekał, a ino jeden raz się odwrócił, by gwizdnąć na Łapę i spojrzeć, co tamten robi.
— Jezus! Dziedzicowy brat, a klęczy przy Kubowym grobie! — szepnął zdumiony, ale że mrok zapadał i przygięte drzewa trzęsły się jakoś strasznie, strach go przejął taki, że galopem i na przełaj poleciał do wsi. Dopiero koło kościoła się zatrzymał, by złapać nieco powietrza i popatrzeć na pieniądze, trzymane mocno w garści, pies go też właśnie dopędził, że wracali już razem i wolno do chałupy.
A koło stawu natknął się na Antka, wracającego z roboty, pies się rzucił do niego przyłaszać, szczekać i skomleć radośnie, aż go Antek jął głaskać.
— Dobry pies, poczciwy, dobry! Skąd to wracasz, Witek?
Witek opowiedział wszystko, juści, że o pieniądzach nie rzekł.
— Zajrzałbyś do dzieci kiedy.
— Przyletę, przyletę, nawet la201 Pietrusia zrobiłem wózik i jednego cudaka...
— Przynieś go, naści dziesiątkę, byś nie zabaczył202!
— A to chybcikiem przylecę, obaczę ino, czy gospodarz nie przyszli...