— Miedzami kołuje, by drogę wypatrzeć! W tym cosik jest, jakaś dziedzicowa sztuczka, bo jakże, dziedzicowy brat i stojałby tam o Kubę! Głupi ino w takie bajdy uwierzy. Powiadają, że ten Jacek głupawy jest nieco, po wsiach cięgiem się nosi, na skrzypkach pod figurami wygrywa i trzy po trzy plecie. I powiedział, że przyjdzie?
— Powiedział i o was się wypytywał.
— No, no, w głowie się nie chce pomieścić.
— A widzieliście się z dziedzicem? — zagadnęła miękko, by ino nie dać mu rozmyślać.
Ciepnął się, jakby go giez ukąsił w słabiznę.
— Nie, u Szymona cały czas siedziałem — powiedział i zamilkł.
Już nie śmiała pytać, bo ciepał się po chałupie kiej ten pies wściekły, o bele co krzyczał, przyganiał, pomstował, że uczyniło się tak cicho, jakby kto makiem posiał, kużden mu z oczów rad schodził, bych czego nie oberwać.
I w takiej przykrej cichości siadali do kolacji, gdy wszedł Rocho, siadł swoim zwyczajem przed ogniem, jeść nie chciał, a gdy skończyli, rzekł cicho:
— Nie od siebie przychodzę. Na wsi powiadają, że dziedzic się na Lipce zawziął i ani jednego chłopa nie zawoła do rąbania, przyszedłem się spytać, czy to prawda?
— W imię Ojca i Syna, a skądże mnie to wiedzieć, pierwszy raz słyszę.