— Nie bijta! Loboga! Zabije mię! Gospodarzu!... O Jezu, ratujta!...
Aż Hanka wyjrzała z chałupy, co się dzieje, a Kuba splunął i schował się do stajni.
A Boryna łoił go rzetelnie, wybijał mu na skórze swoją stratę tak zajadle, że Witek miał już gębę posinioną i z nosa puściła mu się krew, krzyczał wniebogłosy i cudem jakimś się wyrwał, chwycił się obu rękami z tyłu za portki i gnał w opłotki.
— Jezu, zabili mę, zabili mę! — ryczał i tak pędził, aż mu reszta jaskółek wylatywała zza pazuchy i rozsypywała się po drodze.
Boryna pogroził jeszcze za nim, opasał się i wrócił do chałupy, i zajrzał na Antkową stronę.
— Słońce już na dwa chłopa, a ty się jeszcze wylegujesz! — krzyknął na syna.
— Zmogłem się wczoraj kiej bydlę, to muszę się wywczasować.
— Do sądu pojadę... Zwieź ziemniaki, a jak ludzie skończą kopanie, to zagnać je do grabienia ściółki, a ty mógłbyś kołki pozabijać do ogacenia47.
— Ogaćcie se sami chałupę, nama tutaj nie wieje.
— Rzekłeś... to swoją stronę ogacę, a ty marznij, kiejś wałkoń.