Żył też sobie cicho, spokojnie i szczęśliwie jak u Pana Boga za piecem.
Aż razu pewnego król jął skrzykiwać naród na wojnę przeciw poganom.
Zafrasował się wielce Jastrząb, bo żal mu było doma odbieżyć i ruszać na one boje srogie.
Ale królewski parobek u drzwi stojał i przynaglał!
Na wielką wojnę się miało, Turek ano sprośny w kraje polskie wszedł, wsie palił, kościoły rabował, księży zarzynał, naród tępił lebo w postronkach pędził do swoich pogańskich krajów.
Trza się było gotować i na obronę stawać!
Zbawienie wieczne czeka tego, któren ochotnie kładzie głowę za swoich i wiarę świętą.
Zwołał tedy Jastrząb gromadę, wybrał co tęższych parobków, konie, wozy i wnet ruszyli rankiem jakoś po mszy świętej!
A cała wieś odprowadzała ich z płaczem i lamentem aż pod figurę Częstochowskiej, która stojała przy drodze na rozstajach.
Wojował rok, wojował dwa, że w końcu i słuch wszelki o nim zaginął.