— Ziąb był taki, a i roboty przeciech mam niemało.
— Prawda, a i starego też musisz pieścić i pierzyną przyokrywać! — syknął.
— A przeciech, bo to nie mój chłop! — rzuciła twardo i niecierpliwie.
— Jagna, nie drażnij!
— Kiej ci się nie podoba — nie przychodź, płakała po tobie nie będę.
— Przykrzy ci się już wychodzić do mnie, przykrzy...
— Jakże, bo ino na mnie cięgiem huru-buru kiej na tego Łyska...
— Baczysz mi to, Jaguś, dyć mam swojego tylachna, że i nie dziwota, jak się człowiekowi wypsnie to jakie słowo twarde, nie przez złość przeciech, nie — szeptał pokornie i objąwszy ją tulił do siebie serdecznie, ale sztywna była, zadąsana i jeśli oddała całunki, to jakby z musu, i jeśli odrzekła to jakie słowo, to ino tak, by coś mówić, a cięgiem się rozglądała chcąc już wracać.
Czuł ci to dobrze, czuł, to jakby mu pokrzyw nakładli za pazuchę, tak go zapiekło, aż szepnął z wyrzutem bojaźliwym:
— Przódzi nie bywało ci tak pilno...