Czas był wiosenny o świtaniu.

Kwietniowy dzień dźwigał się leniwie z legowisk mroków i mgieł jako ten parob350, któren legł351 spracowany, a nie wywczasowawszy352 się do cna zrywać się ano musi nade dniem, by wnetki imać się pługa i do orki się brać.

Poczynało353 dnieć.

Ale cichość była jeszcze całkiem drętwa, tyle jeno354, co rosy kapały rzęsiście z drzew pośpionych w mącie355 nieprzejrzanym.

Niebo, kiej356 ta płachta modrawa357 przejęta358 wilgotnością i orosiała359, przecierało się już ździebko360 nad ziemią czarną, głuchą i zgoła361 w mrokach zagubioną.

Mgły niby mleko wzburzone przy udoju zalewały łęgi i pola nizinne. Kokoty362 zaczęły piać na wyprzódki gdziesik po wsiach jeszcze niewidnych.

Ostatnie gwiazdy gasły kiej oczy śpiączką morzone363.

Na wschodzie zaś, jako zarzewie roztlewające spod ostygłych popiołów, jęły się364 rozżarzać zorze czerwone.

Mgły się zakolebały365 z nagła, wzdęły i ruchający366 ciężko, niby wody roztopów wiosennych, biły w czarne pola albo zasie, kieby367 dymy kadzielne, wionęły sinym przędziwem368 ku niebu.

Dzień się już stawał i przepierał369 z blednącą nocą, która przywierała do ziem grubym, przemoczonym kożuchem.