— Bo nic ze mną nie zwojujecie!
Uspokoiła się znowu.
— Mówił co jeszcze ociec wczoraj?
Łagodny już był, uśmiechał się do niej.
— Ni... leżał cicho, jako i dzisiaj leży...
Podejrzliwa czujność w niej wstała.
— Wieprzak fraszki małe ptaszki, zarzynajcie go sobie i zjedzcie, wasza wola... nie moja strata. Człowiek nieraz plecie, czego potem żałuje. Nie pamiętajcie, com rzekł! O ważniejszą sprawę idzie... Wiecie, powiadają we wsi, jako ociec mają mieć sporo gotowego grosza gdziesik w chałupie schowanego... — Przerwał wwiercając się oczyma w jej twarz. — Opłaciłoby się poszukać, broń Boże śmierci, to jeszcze się kaj zapodzieją albo kto obcy złapie.
— A powie to, kaj schował!
Głęboką nieprzenikliwość miała w oczach.
— Wam by wyśpiewał, byście go ino mądrze za język pociągnęli.