— A pozwoli ci to matka, kiejś w chałupie potrzebny do mycia garnków i macania kur! — zawołała Nastka.
— Bo się ozgniewam i pójdę do Marysi Balcerkówny!
— Idź, już tam Marysia czeka na cię z pomietłem albo czymś gorszym...
— A niech cię jeno dojrzy, to zaraz pieski pospuszcza.
— I nie zgub czego po drodze! — śmiała się Nastuś pociągając go ździebko za portki, bo miał wszystką przyodziewę kiejby na wyrost.
— Po dziadku dodziera buciarów.
— Kamizielę ma ze wsypy, co ją to świnie podarły.
Leciały słowa kiej grad wraz ze śmiechem; śmiał się zarówno i skoczył, by Nastkę wpół ująć, ale mu któraś podstawiła nogę, że runął jak długi pod ścianę, nie mogąc powstać, bo go wciąż popychały.
— Dajta mu spokój, jakże... — przyciszała Józka pomagając mu wstać, bo choć niedojda, gospodarskim był synem i jej powinowatym przez matkę.
A potem zabawiali się w ślepą babkę.