— Pewnie, strażnikom trza by dać znać... nowa robota, diabli nadali, że człowiek świąt nawet zażyć spokojnie nie może...
Sołtys naraz się schylił i podniósł żelazny, okrwawiony pręt.
— Tym ci zakatrupili Burka!
Żelazo przechodziło z rąk do rąk.
— Pręt, z jakiego zęby do bron kują.
— Mogli ukraść choćby i z kuźni Michałowej.
— Kuźnia już od piątku zawarta.
— Kowala trza wypytać, czy mu nie zginęło.
— Tak mogli ukraść, jak mogli przynieść z sobą, wójt to wama mówi, a kowala w chałupie nie ma, co zaś robić, moja to sprawa z sołtysem! — podniósł głos, krzycząc, by się nie tłoczyli po próżnicy i do dom szli.
Nikto się go nie ulęknął, jeno że czas się było zabierać do kościoła, to wnet się porozchodzili, bo już i ludzie z drugich wsi nad płotami ciągnęli gęsiego, i wozy coraz częściej dudniały na moście.