Długo nie mógł zapomnieć obrazy.
Zaraz po południu któraś wstąpiła powiedając, że jeszcze w karczmie siedzą i sołtys poleciał sprowadzić Kozłową.
— Szukaj wiatru w polu! — zaśmiała się Jagustynka.
— Pewnie po susz do lasu poleciała!
— We Warsiawie siedzi od wczoraj, po dzieci pojechała do szpitala, ma dwoje przywieźć na odchowanie, niby z tych podrzutków...
— By je głodem zamorzyć, jak to było z tamtymi dwa roki temu.
— Może to i lepiej la chudziaków, nie będą się całe życie tyrały kiej psy...
— I bękart człowiecze nasienie... już ona ciężko przed Bogiem odpowie.
— Przeciek z rozmysłu nie głodzi, sama nieczęsto naje się do syta, to skąd i la dzieci weźmie...
— Płacą na utrzymanie, nie z dobrości je przytula! — rzekła Hanka surowo.