— Prawda, w lesie stoją! penetrowały wczoraj!
— Nie kto drugi ukradł, nie! — zerwały się burzliwe głosy.
— Lecieć do nich i odebrać, a sprać złodziejów! — wrzasnęła Gulbasowa.
— Na śmierć zakatrupić za taką krzywdę!
Wrzask buchnął ogromny ku wschodzącemu właśnie słońcu, kołki zaczęły rwać z płotów, trząchać pięściami, kręcić się w kółko, to gdziesik już naprzód wybiegać z krzykiem, kiej nowa sprawa się wydała.
Sołtyska z płaczem przybiegła, że i im wóz ukradli z podwórza.
Osłupieli, jak kieby piorun trzasnął gdziesik z bliskości, że długi czas jeno wzdychali rozwodząc ręce i spoglądając na sie ze zgrozą.
— Konia z wozem ukradły, no, tego jeszcze we wsi nie bywało.
— Jakaś kara spada na Lipce.
— I co tydzień gorzej!