— Bo czekalim, że i na nas przyjdzie kolej, a oni już odjeżdżają...
— I my sieroty ostaniem przez żadnego wspomożenia... — wraz mówiły.
Ksiądz zafrasował się, srodze poczerwieniawszy.
— Cóż wam poradzę?... nie wystarczyło dla wszystkich... i tak całe dwa dni poczciwie pomagali... no, mówię... — bełkotał latając po nich oczyma.
— Juści! pomagali, ale gospodarzom, bogaczom jeno... — zaszlochała Filipka.
— Nama jako zapowietrzonym nikto się nie pokwapił wspomóc...
— Nikogój głowa nie zaboli o nas, sieroty...
— Żeby choć kilka pługów do ziemniaków, to i tego nie! — szeptały łzawo.
— Moiście... odjeżdżają już... no... zaradzi się jakoś... prawda, że i wam ciężko... i wasi mężowie z drugimi... no, mówię, że się zaradzi.
— A o czym to będziem czekać tej pomocy?... a jak się jeszcze i tego ziemniaka nie wsadzi, to już ino postroneczka szukać! — zawiedła Gulbasowa.