— Chłopy wracają, wiecie to? — krzykały do niej dzieuchy z opłotków, to kobiety, to dzieci nawet, a wszystkie zadyszane i ledwie zipiące z radości.
— No to co? — rzekła którejś już prawie ze złością.
— Wracają!... mało to? — zdumiewały się jej oziębłości.
— Tyla z nimi, co i przez nich! Głupie! — mruczała, przykro tknięta, że to każda kiej zwariowana wyglądała swojego...
Zajrzała do matki. Jędrzych był jeno, pierwszy raz dopiero zwlókł się z barłogu, przetrącony kulas miał jeszcze spowity w szmaty, koszyk wyplatał na progu i pogwizdywał srokom, łażącym po płotach.
— Wiesz to, Jaguś?... Wracają nasi!...
— Dyć już kiej te sroki cały świat to jedno rozpowiada!
— Wiesz, a Nastusia to prosto od rozumu odchodzi, że i Szymek wróci...
— Czemuż to? — Błysnęła ślepiami srogo, po matczynemu.
— I... nic... A to me znowuj kulas rozbolał... — zająkał strachliwie. — Cichoj, ścierwy — rzucił patykiem w sień na rozgdakane kwoki.