— I konia swojego.

— I przychować co na sprzedaż. A tak, co? Każdą plewę, każdą obierzynę ociec rachują i mają za wielgie rzeczy.

— I wszystko wypomina!...

Zamilkli nagle, bo uczucie krzywdy zalało im serca żalem, gniewem i głuchym, szarpiącym buntem.

— Ino osiem morgów by wypadło — wykrzyknął bezwiednie.

— Juści, że nie więcej. Przecież to i Józka, i kowalowa, i Grzela, i my — wyliczała.

— Kowalowe by spłacić i ostać przy chałupie i półwłóczku...

— A masz to czym?... — jęknęła aże w tym uczuciu bezsilności tak silnym, że łzy jej pociekły po twarzy, gdy ogarnęła oczami te pola ojcowe, tę ziemię jak złoto czyste, gdzie i pszenica, i żyto, i jęczmień, i buraki od skiby do skiby siać było można... Tyle dobra, a to wszystko cudze... nie ich...

— Nie bucz, głupia, zawżdy z tego osiem morgów nasze...

— Żeby chociaż z połowa z chałupą i z tym kapuśniskiem! — wskazała na lewo, w łąki, gdzie modrzały długie zagony kapusty; skręcili ku nim.