Słońce się już podnosiło ku południowi, ciepło było galante.
Nagrzane powietrze mieniło się nad polami kiej woda, zboża i sady stały jakby w słońce zapatrzone, że jeno niekiedy z trześni Bylicowych spadał okwiat chwiejąc się na trawach niby biały motyl.
Dochodziło południe, kiej Mateusz skończył oglądanie, a dzióbiąc toporem jeszcze tu i owdzie po bokach, rzekł stanowczo:
— Zetlałe do cna, samo próchno, nic z tego nie postawi, to darmo...
— Dokupiłbym niecoś nowego, może by... — szepnął błagalnie Stacho.
— Dokupcie na całą chałupę, z tego gnoju nie wybierze ni jednego bala.
— Bójcie się Boga!
— Dyć przyciesie jeszcze by wytrzymały, węgary jeno dać nowe... ściany też by podporami wesprzeć... klamrami ściągnąć... dyć... — jąkał stary Bylica.
— Kiejście taki majster, to sobie stawiajcie, ja z próchna nie poredzę — rzucił gniewnie naciągając spencerek.
Nadeszła na to Weronka z dzieckiem na ręku i jęła wyrzekać: