— Albo kiej się za barłogiem rozgląda — podpowiedział Mateusz.
— Ho, ho, to ino patrzeć, jak do której z wódką poślesz — żartował Kłębiak.
— Właśnie, cięgiem już deliberuję, do której by przepić.
— Prędko wybieraj, a w druhny me proś, Mateusz — pisknęła Kasia, najstarsza.
— Cóż, kiej niełacno: wszyćkie zarówno wybrane i jedna w drugą najlepsze. Magdusia najbogatsza, ale już przez zębów i ze ślepiów jej cieknie; Ulisia niby kwiat, jeno co ma jedno biedro grubsze i beczkę kapusty we wianie; Franka z przychówkiem; Marysia zbyt szczodra dla parobków; Jewka, choć ma całe sto złotych samą koprowiną, wałkoń, pod pierzyną cięgiem wyleguje. A wszystkie by tłusto jadły, słodko popijały i nic nie robiły. Czyste złoto takie dzieuchy! A zaś jeszcze drugie mają la mnie za krótkie pierzyny.
Gruchnęli śmiechem, jaże się gołębie porwały z dachów.
— Prawdę mówię. Przymierzałem u niejednej, ledwie mi do pół łyst sięgają, jakże bym to zimą wyspał? cheba w butach, co?...
Zgromiła go Kłębowa, iż zbereżeństwa gada przy dzieuchach.
— La śmiechu jeno mówię. Przeciek powiedają, co poczciwe żarty nie szkodzą i pod pierzyną.
Ale dziewczyny rozczapierzyły się kiej te jendyczki.