Że Kłąb, aby nie zadrzemać, powlókł się do dołu z ziemniakami.
Zaś potem cosik ostro pykał przygasłą fajkę i spluwał, odrzucając głową włosy, opadające mu na twarz.
— Obejrzałeś, co? — zapytała żona wychylając się ze sieni.
— Juści... żeby tak raz w dzień warzyć, starczyłoby ziemniaków do nowych!
— Hale, raz na dzień! Młode i zdrowe, to i żreć potrzebują.
— Nie dociągniem. Tyla narodu. Dziesięć gąb, a brzuchy mają kiej ćwiercie. Trza będzie cosik zaradzić.
— O jałówce myślisz, co? To ci zapowiadam, że przedać jej nie pozwolę. Rób se, co chcesz, a bydlątka nie dam. Zapamiętaj sobie.
Zatrzepał rękoma, kiejby od osy uprzykrzonej, i gdy odeszła, jął znowu fajkę zapalać.
— Psiachmać baba... Potrza, to i jałówka nie ołtarz!
Słońce prażyło prosto w oczy, cienie były jeszcze maluśkie, to się jeno odwrócił plecami i pykał coraz wolniej i rzadziej. Popuścił pasa, bo mu coś ziemniaki ciążyły, słońce przypiekało, gołębie gruchały we strzesze i cichuśki szmer liści tak rozbierał, że jął się kiwać i żydy wozić po ścianie.