Józka znowu skrobała ziemniaki na ganku, dzieci bawiły się pod ścianą, a w sadzie spacerował Witkowy bociek, zaś wiater przysłaniał gałęziami okno wywarte.
Szli czas jakiś w milczeniu zgrozy, jakby z grobu wyszli.
— Każdemu przyjdzie na to, każdemu — szepnął łzawo Kłąb.
— A każdemu... wola Boża, cóż, nie poredzi... Hale, mógł jeszcze pożyć jaką porę, żeby nie ten las...
— Pewnie. Zginął, a drugie się z tego pożywią — westchnął.
— Raz kozie śmierć... mało się to naharował?
— I nama też może niezadługo przyjdzie za nim iść.
Patrzeli kwardo we świat, w pola rozkołysane, na bory widne jak na dłoni, na role zieleniące, na ten dzień jasny, ciepły i zwiesnowy, i dusze im kamieniały w rezygnacji a poddaniu się woli Bożej.
— Nie zmienić tego człowiekowi, coć mu przeznaczone, nie...
I z tym się rozeszli.