Późno już było, w chałupie spali, tylko Witek siedział pod ścianą, jakby stróżując gospodyni, na wsi też wszyscy legli, nawet psy nie poszczekiwały, woda jeno bulgotała i ptaki zawodziły w sadach. Księżyc się wtoczył na niebo i szedł srebrnym sierpem przez te straszne, mroczne wysokości. Białe i niskie mgły pokrywały łąki, zaś nad żytami wisiał płowy tuman kwietnej kurzawy; staw polśniewał wskroś drzew kieby tafla lodowa... Aże dzwoniło w uszach od tej cichości a słowiczych kląskań i zawodzeń.
Hanka siedziała wciąż na jednym miejscu jakby przykuta.
— Jezu, uciekać ze wsi, od grontu, od wszystkiego! — myślała jedno w kółko.
Groza ją przejęła, rosnąc z minuty na minutę, a serce ściskając strasznym żalem i przerażeniem.
Łapa zaczął wyć na podwórzu, słowiki ścichły, zawiał wiater, że zakolebały się cienie i jękliwy, smutny szum przeleciał.
— Kubową duszę obaczył! — szepnął Witek żegnając się strachliwie.
— Głupiś! — skarciła go, spać wypędzając.
— Kiej przychodzi, do koni zagląda, obroku im dosypuje... bo to raz?...
Nie słuchała już, cichość znowu spadła na świat, słowiki zaśpiewały, a ona siedziała kieby zmartwiała, powtarzając niekiej z męką i strachem:
— W cały świat uciekać! Na zawsze! Jezu miłosierny! Na zawsze...