— Te! konia ochwacisz, kaj ci tak pilno! — krzyczeli.
Wyminął ich jakoś i pognał do wsi z całych sił, jaże koniowi zagrała wątroba.
— Hej! Adam, poczekaj no! — wołał Rocho.
Kłębiak wstrzymał się nieco i jął krzyczeć z całych sił:
— A to nie wiecie, jakieś zabite leżą w boru! Jezus, zatkało me całkiem. Konia pasłem na smugu i jużeśmy z Gulbasiakiem jechali do dom, aż tu przed Borynowym krzyżem koń się rzucił w bok, jażem bęcnął na ziem. Patrzę: ki licho strachnęło konia? a tu jakieś ludzie w jałowcach leżą... Wołalim, a oni nic, leżą kieby pomarłe...
— Głupi, będzie tu cudeńka rozpowiadał! — zawrzeszczeli.
— Obaczcie sami: leżą tam! Gulbasiak też widział, jeno co ze strachu w las pognał do komornic, które susz zbierały. Nieżywe leżą.
— W imię Ojca i Syna, to jedźże wójta powiadomić!
— Wójt jeszcze z miasta nie przyjechali — rzekł ktosik.
— To sołtysowi dać znać!... kole kowala drogę poprawia z chłopakami!... — wołali za nim, bo już ostrym galopem się puścił.