— Gospodyni, a to prędko chodźcie! — wrzeszczał już z dala.
— Co się stało? ogień czy co? — zerwała się trwożnie.
— A to... to gospodarz czegoś krzyczą!
Poleciała co tchu, nie rozumiejąc zgoła, co się tam stało.
A oto co było. Maciej już od samego rana był jakiś dziwny, matyjasił, mamrotał cięgiem, zrywał się z pościeli, to szukał czegoś koło siebie, że Hanka odchodząc na łąki przykazała Józce pilniejsze na niego baczenie. Dziewczyna często zaglądała do niego, leżał spokojnie, aż dopiero w czasie obiadu zaczął wrzeszczeć wniebogłosy.
Gdy Hanka przyleciała, jeszcze siedział na literkach i wołał:
— Kajście mi buty zapodzieli! — dawajcie prędzej.
— Zaraz przyniesą z komory, zaraz... — uspakajała wylękła, gdyż wydawał się całkiem przytomny i groźnie toczył oczami.
— Zaspałem, psiachmać — przeziewnął szeroko. — Już biały dzień, a wy śpita. Kuba niech brony szykuje, siać pojedziem — rozkazywał.
Stali przed nim, nie wiedząc, co począć, gdy naraz przechylił się i leciał bezwładnie na ziemię.