— Co wy robicie najlepszego, co? — jęknęła przykucnąwszy za nim, bych969 się chronić od ludzkich oczów.
— Hanuś... a dyć ja... a dyć...
— Chodźcie mi zaraz do domu! Jezus, taki wstyd! Chodźcie!...
— Nie póde970... Już to sobie z dawna umyśliłem... Co wama971 mam ciężyć, kiej dobre ludzie972 wspomogą... We świat se pociągnę z drugimi... święte miejsca obacze... co nowego się przewiem973... Jeszczech wama spory grosz przyniese974... Naści złotówkę, kup jakiego cudaka la975 Pietrasia... kup...
Chyciła976 go ostro za kołnierz i prawie wywlekła między wozy.
— Zaraz mi do domu. Że to wstydu nie macie!
— Puść me, bo się ozgniewam!
— Rzućcie te torbeczki, prędko, żeby kto nie obaczył.
— To zrobię, co mi się jeno spodoba, juści... wstydał się bede... komu głód kumą, temu torba matką — wyrwał się naraz, wpadł pomiędzy wozy a konie i przepadł.
Nie sposób było go szukać i naleźć w takim tłoku, jaki się uczynił na placu przed kościołem.