Przysunął się do niej Mateusz i szepnął pokornie:

— Dyć mnie nie goń od siebie.

— Hale, odpędzałam cię to kiedy?

— Abo raz! Nie sklęłaś me to, co?

— Niepoczciwie rzekłeś, to i musiałam. Któż me... — przymilkła nagle.

Jasio przeciskał się z wolna przez tłumy w jej stronę.

— I on na odpust! — szepnął Mateusz wskazując księżyka, któren się bronił ze śmiechem, aby go nie całowali po rękach.

— Kiej dziedzicowy syn! Jak się to wybrał! Dobrze baczę1020, jak to jeszcze niedawno wyrywał1021 za krowimi ogonami.

— A juści, gdzieby zaś taki krowy pasał — przeczyła niemile dotknięta.

— Rzekłem. Pamiętam, jak go to raz organista sprał, że krowy puścił w Pryczkowy owies, a sam se spał kajś pod gruszą...